rozmiar czcionki A A A
czytano 160 razy

Fantastyka książki - Leonid Kudriawcew: trylogia Essutil Quack, część II

Prawo frankensteina
(Leonid Kudriawcew: trylogia „Essutil Quack”, część II - „Prawo metamorfa”, Solaris 2000

Essutil Quack wykaraskał się (bo sformułowanie „uszedł cało” raczej tu nie pasuje) z megaafery z kradzieŜą ciał i napadem na centralny cyber bankowy. Nieważne ile lat upłynęło od czasów nam współczesnych – wciąŜ na nieuczciwych spekulacjach giełdowych moŜna zbić nielichą forsę (a dokładniej: infoforsę), a przestępcza mafia załatwia po cichu swoje wewnętrzne porachunki. Bohater oczyścił się z zarzutu bycia nielegalnym tułaczym programem i nie ścigają go juŜ cybergliniarze.

Szkopuł w tym, że teraz właśnie naprawdę przestał być pechowym turystą, zostając stałym rezydentem cybera numer 12 – co prawda z kontem bankowym wypełnionym infoforsą z odszkodowania za utratę ciała. Zyskał teŜ przyjaciółkę, tak jak on bytującą prawie wyłącznie w rzeczywistości wirtualnej. Ta właśnie przyjaciółka-dziennikarka zasugerowała Quackowi zarabianie na Ŝycie jako prywatny detektyw. Kapitalne znaczenie stanu konta dla wirtualnego życia zostało przez Kudriawcewa uzasadnione bardzo zręcznie: otóż w cyberach cały czas ma miejsce ucieczka informacji i ta „dzika” informacja kumuluje się w negatywne pole, powodujące, że wcześniej czy później wszystko, co tam przebywa, ulega degradacji. Samochody rdzewieją, kolory płowieją, a tułacze programy umierają. Można temu zapobiec uŜywając stale specjalnych programów konserwujących, które naturalnie sporo kosztują. Tak więc bezrobotnemu grozi w cyberze-12 duŜo więcej, niŜ tylko brak środków na piwo w „Krwawej Mary” czy dobre papierosy.

A że Essutil Quack potrzebuje i piwa, i papierosów, i utrzymujących w formie „koncentratów”, musi znaleźć legalne zajęcie. Pół roku, które upłynęło od zakończenia „Polowania na Quacka” oraz środki z odszkodowania nasz bohater poświęcił zatem na kurs dla prywatnych detektywów oraz zakup wirtualnego domu.

Spotykamy go siedzącego w gabinecie i – a jakże – biadolącego oraz na wszystkie możliwe sposoby analizującego swoją możliwą przyszłość, gdy... pojawia się pierwszy
klient.

„Prawo metamorfa” ma większość wad wymienionych przeze mnie w artykule na temat pierwszej części trylogii. Poza wspomnianym nerwowym słowotokiem bohatera ponownie potykamy się o niekonsekwencje lub niedoróbki fabuły. Przykładowo: pierwsze zadanie Quacka jako detektywa kieruje go do chińskiego cybera, o którym zleceniodawca mówi, iŜ Quack pół roku wcześniej w nim był i sporo narozrabiał. Tyle że wystarczy powrócić do pierwszego tomu, by skonstatować, ze podczas swych przygód związanych z poszukiwaniem ciała bohater odwiedził cyber nie chiński, lecz afrykański. RównieŜ tłumacz nie przestaje płodzić anglizmów na określenie słów nie mających z angielskim nic wspólnego. „Płytkę bezpieczeństwa” chroniącą Quacka w chińskim cyberze przechrzcił na „saver”, do tego z niewiadomych powodów pozostawiając w części tekstu wspomnianemu przedmiotowi rodzaj żeński. Doceniam translatorską inwencję, ale „ta saver” to juz chyba przesada. Dochodzi do tego niekonsekwencja pisowni – potykamy się a to o przestarzały już w języku polskim zapis „gadget”, to o fonetycznego „bodygarda”. A propos kiksów tłumaczeniowych, to moim ulubionym jest zdecydowanie „czapeczka bez szwów”. Nie znający oryginału czytelnik moŜe zachodzić w głowę, jakim cudem Essutil ze sporej odległości i patrząc na faceta od frontu, widzi, ze jego czapka nie posiada szwów. Wyjaśnienie jest proste – chiński starosta nosił nakrycie głowy bez... ronda.

Kontakt bohatera z kompletnie odmiennym środowiskiem posłużył autorowi jako pretekst do włożenia w usta (lub raczej umysł) Quacka pewnych rozwazań natury ogólnoludzkiej, żeby nie rzec – filozoficznej. Essutil poddaje moralnej analizie prawa panujące w chińskim cyberze, zamieszkałym wyłącznie przez tułacze programy i utrzymującym się z zarobionych przez nie infopieniędzy. Źródła tych zarobków są mocno szemrane – wytwarzanie tanich podróbek towarów, fundowanie turystom nielegalnych rozrywek zaspokajających wypaczone gusta oraz zwykły rozbój. Jak widać i w tym przypadku Kudriawcew nie wykazał się fantazją, kopiując fakty znane czytelnikowi z bynajmniej niefantastycznej rzeczywistości, mino iŜ akurat w powieści „chińskość” jest umowna: tą nazwą określa się wszystkie „nieprawomocne” cybery.

Chociaż czy naprawdę takie są? Stróże prawa trzymają się co prawda od ich terenu z daleka i przymykają oczy na nielegalne sposoby zarobkowania, bowiem „wielki świat” jest stałym klientem przybytków „chińskiej” rozrywki. Społeczeństwo nielegalnego cybera rządzi się jednak własnymi, restrykcyjnie przestrzeganymi regułami, choć ich sens moralny jest mocno dwuznaczny. „Przeznaczeniem prawa” w cyberze-122 jest „podtrzymywanie norm zachowania”, dających cyberowi i jego społeczności „maksymalną szansę przeżycia”. Dla wyobcowanej grupy, walczącej o przetrwanie, nie liczy się jednostka, jak równieŜ moralność, waŜna ich zdaniem „tylko dla każdej myślącej istoty oddzielnie”. W rozmowie z Essutilem chiński starosta wprost odmawia uczuciu miłosierdzia racji bytu, gdyŜ – okazane przedstawicielowi innego cybera – najprawdopodobniej zmniejszy szanse przetrwania własnej społeczności. Będąc pod wrażeniem tych rewelacji Quack dopiero zaczyna rozumieć, w co się wpakował. By rozwiązać zagadkę (a właściwie dwie, bo drugie zadanie otrzymał od starosty) musi współpracować z istotami, które nie są ludźmi (choć stanowią wytwór ludzkich umysłów), kierują się obcą moralnością i niezrozumiałą logiką.

Mieszkańcy chińskiego cybera to w gruncie rzeczy społeczność getta – warząca się we własnym sosie, pozbawiona możliwości legalnego podróżowania, fascynująca się „wielkim światem” czyli realnym życiem poza cyberami. Wychowani w realiach walki o przetrwanie, są znacznie bardziej zdeterminowani, by przeć do przodu i realizować swoje cele. Ta obserwacja doprowadza Quacka do refleksji: co się stanie, gdy pewnego dnia „chińskie” tułacze programy zdołają przeniknąć do oficjalnych cyberów, a potem do realnego świata? Jak ułoży się współistnienie na równych prawach ludzi i istot, które stworzyli – jak wydaje się snującemu rozważania Essutilowi – na swój obraz i podobieństwo, naśladując Boga? Istot, które, obdarzone rozumem i zdolnością do rozwoju, przekształcają się w coś coraz bardziej nam obcego? Czy pewnego dnia powstanie państwo cyberów, w którym ludzie będą tylko gośćmi, czy teŜ może w wyniku wojny myślące programy opanują świat i niczym potwory Frankensteina zabiją swych twórców? Takie rozważania mają dla Quacka podwójne znaczenie, bowiem niezaleŜnie od przyszłości świata niepokoi go jego własny los – zadaje sobie pytanie, czy pomimo utraty ciała wciąż pozostaje człowiekiem, czy też jego człowieczeństwo zostaje stopniowo wypierane przez cechy tułaczego programu, którym przecieŜ jest od pół roku, a także: czy warto o zachowanie tego człowieczeństwa walczyć, czy też lepiej pogodzić się z faktem, Ŝe dla „wielkiego świata” człowiek Essutil Quack naleŜy juŜ do przeszłości.

Pomimo wymienionych wad – w porównaniu z „gonią go, a on ucieka” z pierwszego tomu akcja drugiego jest znacznie bogatsza i ciekawsza. Kierując się rezultatem wielosłownych rozważań (Kudriawcew chyba postawił sobie za punkt honoru przedstawić absolutnie w całości proces dedukcji zachodzący w mózgu detektywa) Quack podąża tropem ściganych, ponownie demonstrując (co jest już znacznie bardziej uzasadnione, zważywszy ukończenie specjalistycznego kursu) zręczność, szybkość, celność strzału i opanowanie – żeby nie rzec: stoicki spokój podczas negocjacji. Autorowi udało się skonstruować fabułę prawdziwego kryminału, pełną zaskoczeń i nieoczekiwanych zwrotów akcji, co ładnie równoważy dyzurny słowotok bohatera. Zresztą ten słowotok nie ogranicza się juŜ do bezpłodnego labiedzenia, a wreszcie czemuś służy: czy to (jak wcześniej wspomniałam) detektywistycznej dedukcji, czy też rozwaŜaniom natury społeczno-moralnej, które, co się potem okaże, mają pewne cechy – jak to ujął Quack – prekognicji. W drugiej połowie tomu dynamika akcji rośnie i chwilami naprawdę trudno oderwać się od lektury. Finał jest nietypowy, bowiem główny bohater nie jest jego centralną postacią.

To nie on wkracza na scenę z bronią gotową do strzału, by spróbować nie dopuścić do działania „prawa metamorfa”, będącego faktycznie początkiem wojny mieszkańców cybera-122 z resztą świata. Mimo iż niepewny własnej toŜsamości, Quack nie waha się, po czyjej stronie tego konfliktu stanąć. Pozostawiamy go w zadumie nad wzajemnymi relacjami światów cyberów i ludzi, pełnego obaw, czym skończy się dla ludzkości zabawa w Boga: stworzeniem sobie śmiertelnego wroga czy też może partnera?

Gata
Informator Gdańskiego Klubu Fantastyki

 





Zakaz kopiowania, rozpowszechniania części lub całości bez zgody redakcji FANTASTYKA.wortale.net.



Dodaj komentarz

Książki - recenzje


Wszelkie prawa zastrzeżone © YES24.PL - Tworzenie stron WWW | System CMS | Wortale tematyczne | mapa witryny | login
Mecenat: kotłownie na słomę, kotły na słomę, na zrębki, na biomasę, miskantus       komputery, notebooki, serwis, tworzenie stron www internetowych, Elbląg, telewizja n, iplus